Jelenia Góra
(+48) 732 686 896
fundacja@mocninadzieja.pl

Pan Słoneczny

Pan Słoneczny

pan słoneczny ilustracja

I

Ta sobota była dla Niny dniem wyjątkowym z dwóch niezwykle ważnych powodów: pierwszym był przyjazd jej córki Lisy i towarzyszącej jej ukochanej wnuczki Oony, natomiast drugim był fakt ukończenia przez Ninę osiemdziesięciu lat. Nie byle jakie były to więc powody.

Od ostatniej wizyty córki z rodziną minęło już niemal pół roku – obu damom towarzyszył wtedy mąż Lisy o wdzięcznym imieniu Gabriel – i Nina zdążyła się już stęsknić nie na żarty za swoimi dziewczynami. Siedząc przy otwartym oknie i patrząc na Pana Słonecznego (o nim za chwilę), wspominała bałwana, którego siedmiolatka ulepiła wówczas z tatą i który to – bałwan, nie tata – straszył przez kolejne dwa miesiące swoim uśmiechem sąsiadów i nielicznych gości, mających okazję ujrzeć ową śnieżną kreaturę strzegącą ogrodu. To była piękna zima, śniegu po kolana, więc budulca starczyło nie tylko na bałwana, ale i na setki kulek, które – produkowane hurtowo przez Oonę – lądowały następnie na ścianach domu, okolicznych posesjach, czasem na twarzach rodziców. Wspomnienie tych kilku dni sprawiło, że Nina uśmiechnęła się i w głębi serca poczuła przyjemne ciepło. Już niedługo znów będą razem.

II

Pan Słoneczny był – to ci zaskoczenie! – słonecznikiem. Nie jakimś tam szlachetnym przedstawicielem rodu, lecz zwykłym, chwiejącym się na wietrze pastewniakiem, a ostatnią cechą, jaką można by mu przypisać, była uroda. Ale Nina kochała Pana Słonecznego. Sama nie pamiętała już, którym pokoleniem był „ten” Pan Słoneczny, gdyż było ich tak wielu, że nie zliczyłby tego nikt. Każdy inny, każdy wyjątkowy, każdy noszący to samo imię. Każdy będący jej przyjacielem.

Rankiem, gdy tylko pozwalała na to pogoda, Nina otwierała osadzone w jej sypialni na parterze okno i witała dzień witając się z Panem Słonecznym. Niewiele tych powitań było w roku, gdyż słoneczniki mają brzydki zwyczaj nad wyraz krótkiego korzystania z uroków życia, a w dodatku treściwą, pozwalającą na kontakt wzrokowy formę wizualną przejawiają jedynie przez kilkadziesiąt dni. Od tragicznej śmierci męża, która miała miejsce wiele, wiele lat temu, Nina robiła wszystko, by żaden z tych dni jej nie umknął.

III

– Babciuuu!!! – piskliwy krzyk Oony rozbrzmiał w ciszy z siłą wodospadu i sprawił, że kot sąsiadów zeskoczył w popłochu z płotu i uciekł w panice do domu, a przerażone ptaki ewakuowały się z okolicznych drzew wydając z siebie wcale nie bardziej atrakcyjne dla ucha odgłosy. Przerażające potrafią być dźwięki wydawane przez dziecięce gardełka.
– Oona! Ale ty urosłaś! – Nina nie mogła się nadziwić, że patrzy na tę samą dziewczynkę, która parę miesięcy wcześniej bombardowała śnieżkami wszystko co się rusza bądź też nie. Jak ten czas szybko leci!
Oona wpadła w babcine ramiona z impetem, którego efektem mogłoby być bliższe zapoznanie się ze strukturą podłożą przez babcię i wnuczkę, jednak przezorna starsza pani zaparła się skutecznie tylną nogą i przyjęła mężnie atak bez większych obrażeń. Co prawda przeżyła chwilę grozy, gdy wnuczka podniosła gwałtownie głowę, niechcący uderzając babcię w żuchwę – Ninie przemknęły wówczas przez głowę wszystkie te telewizyjne reklamy klejów do sztucznych szczęk i modliła się, by to, o czym tam mówili, okazało się prawdą – ale wszystko skończyło się dobrze i stały tak ściskając się z całych sił.
– Cześć, mamo. – uśmiechnięta Lisa podeszła do dwóch najważniejszych kobiet swojego życia i dołączyła do rytuału wymiany czułości, polegającego na przytulaniu, pocałunkach i wymianie serdecznych uśmiechów. Trzy pokolenia, jedna miłość.
– Witaj, córeńko! – szepnęła Nina w przerwie między rozdawaniem całusów jednej i drugiej. – Cudownie, że jesteście! Nie mogłam się już doczekać. – dodała po chwili.
– My też, mamo – my też.
Całe popołudnie spędziły na zwyczajowych w takich sytuacjach rozmowach w duchu „co słychać”, a owe rozmowy poprzedzone zostały urodzinowymi życzeniami i wręczeniem Ninie prezentu, jakim okazała się cudownie rzeźbiona, malutka szkatułeczka. Mały drobiazg, a tak bardzo cieszy… Impreza urodzinowa nie mogła się oczywiście obejść bez wszelkiej maści smakołyków, które Nina przygotowywała już od trzech dni, a których zjedzenie zajęło Oonie niecałe trzy godziny, czym wprawiła babcię (mamę zapewne też, ale nie dawała tego po sobie poznać) w mieszaninę zdziwienia i zakłopotania. Tym bardziej, że nie były to wyłącznie ciasta i kremy, ale również pieczony boczek, krewetki i smażony w papryce kurczak. Zadziwiające są zwyczaje żywieniowe dzieci, a jeszcze bardziej zadziwiająca pojemność ich małych żołądków.

Pod koniec dnia, gdy mocno już rozleniwione jedzeniem towarzystwo zaczęło wykazywać braki kondycyjne i oczywistym było, że czas już na odpoczynek, Nina pożegnała się z Lisą i Ooną i poszła do swej sypialni. Towarzyszyło jej przejmujące i radosne uczucie bliskości kochanych przez nią osób, ale było coś jeszcze. Coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła.

IV

Pomarańczowe promienie słońca wpadały przez okno wprost na łóżko Niny i dotykały jej twarzy zanikającym ciepłem. Za oknem zaś tworzyły świetlistą aureolę wokół „głowy” Pana Słonecznego sprawiając, że zwykły słonecznik nabrał mistycznego niemalże wyglądu. Widok ten, choć doświadczany przez  Ninę setki razy, za każdym razem wzruszał ją do głębi, gdyż wiedziała, kim był jej przyjaciel – strażnik w ogrodzie i jak bardzo ważną pełnił rolę w jej życiu. Pełna nostalgicznej zadumy z głową wypełnioną magicznymi wspomnieniami oczekiwała czegoś, co miało dziś nastąpić, a na co w duchu już od dawna czekała i czego podświadomie pragnęła. I czuła spokój. Spokój i spełnienie.

V

Gdy w niedzielny poranek Oona – po zrobieniu rundy po całym niemalże domu – z radosnym chichotem przybiegła do pokoju Niny, była zdziwiona, że babcia zamiast krzątać się po kuchni (jak to miała w zwyczaju), leży błogo wpatrzona w ogród za otwartym oknem. Wyjrzała za okno, by sprawdzić, co tak bardzo zaabsorbowało uwagę babci, że ta wyleguje się, zamiast robić jej ulubione naleśniki ze słodkim serem. Nie zauważyła jednak niczego, co by zwróciło jej uwagę. No, może poza tym, że słonecznik, który wczoraj był jeszcze zamknięty, dziś rozkwitł w pełni; trochę dziwne, bo jeszcze nie jego czas. Podeszła więc do łóżka i przyjrzała się twarzy babci, na której gościł najpiękniejszy i najbardziej szczery uśmiech, jaki Oona miała zobaczyć w swoim życiu. Było jednak coś dziwnego w tej nieruchomej, bladej twarzy. Wyciągnęła dłoń, dotknęła policzka babci i poczuła chłód.
– Mamoooo!!!

VI

Zgodnie z ostatnią wolą Niny, jej prochy zostały złożone w przydomowym ogrodzie w miejscu, w którym pochowane były prochy jej ukochanego męża. Wiele lat temu, tuż po śmierci Karla, w miejscu tym posadziła pierwszego słonecznika i któregoś dnia, patrząc na dojrzewającą roślinę, doznała ezoterycznej wizji, która rozbłysła w jej umyśle i objawiła jej skrywaną gdzieś na dnie umysłu istotę zrozumienia wszechrzeczy. Zobaczyła wtedy śmierć przechodzącą w życie i ujrzała Karla w Panu Słonecznym. Jakież to było cudowne! Zrozumiała, że cały Absolut jest zawarty w każdej z jego najmniejszych cząstek i nic nie przemija w niekończącym się cyklu, który trwa niezmiennie.

Bez początku.

Bez końca.

Robert Michalski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.